poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Okultyzm i pierścień atlantów.



Wielu ludzi uważa, że pierwsze przykazanie Boże jest bardzo trudne do złamania. 
"Przecież nie oddaję czci innemu bogu, to nie grzeszę." 
Mało kto wie, że naruszeniem tego nakazu Boga: "Nie będziesz miał, bogów cudzych przede Mną" jest takie niepozorne czytanie horoskopów. 
Wielkie spustoszenie w naszej duszy sieją wizyty u wróżek, wywoływanie duchów, czarna magia, rzucanie przekleństw na drugą osobę, słuchanie muzyki okultystycznej, noszenie amuletów takich jak pierścień atlantów.
Wszelkie bałwochwalstwo jest źródłem naszego nieszczęścia, przed którym ostrzegł nas, nasz Stwórca dając nam przykazania. 
Dziś zatrzymam się na jednej rzeczy, którą jest noszenie tzw. pierścienia atlantów. 
Często na swojej drodze spotykam ludzi, którzy noszą ten amulet zupełnie nieświadomi niczego. 

Czym jest pierścień atlantów? 
Jest to amulet rzekomo znaleziony w zaginionej, antycznej Atlantydzie. Noszącym go ma przynieść zdrowie, powodzenie w życiu i wszelkie szczęście. Mało kto wie, że nosząc go oddajemy cześć bogini antlancie, grzeszymy bałwochwalstwem i spychamy na bok Pana Boga i Jego błogosławieństwo. 
Zupełnym mitem jest zarówno pochodzenie pierścienia, jak i jego cudowne właściwości. 
Jego twórcy postarali się, aby każdy mógł nabyć ten amulet - jest łatwo dostępny, kupić go można już od kilkunastu złotych. 
Zamiast przynosić obiecane szczęście, noszące go osoby odczuwają niepokój, rozdrażnienie, zapadają na różne choroby i zaczynają traktować innych jako przeszkody, odsuwając bliskich w cień. Pan Bóg też im przeszkadza: przestają chodzić do Kościoła, zdejmują z szyi wszelkie medaliki i Krzyże. 
Niewinny pierścień atlantów staje się przepustką do świata okultyzmu, tego już bardziej "poważnego": zaczynają się przygody z wróżkami, bioenergoterapią (przed, którą też ostrzegam) i czarną magią. 
Dała o tym świadectwo kobieta, która przez kilka lat nosiła ten amulet. Uratowała ją wizyta w Sanktuarium Maryjnym i powierzenie życia Matce Bożej: "W pewnym momencie odruchowo zdjęłam pierścień atlantów i nie miałam o dziwo chęci znów, po niego sięgnąć. Mijały tygodnie i wszelkie objawy, z którymi walczyłam przez lata ustąpiły. Dopiero wtedy domyśliłam się, że źródłem mojego nieszczęścia był pierścień atlantów. Teraz dopiero odczuwam błogosławieństwo Boże i wiem komu zawierzyłam."

Tak więc widzimy, że grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu ma poważne konsekwencje, ponieważ pozbawia nas błogosławieństwa Bożego, a rzuca na nas przekleństwo od złego ducha. 
Nie pozwólmy na to! 

Przyjżyjmy się także znakom poniżej.
Są to amulety, z którymi nie powinniśmy mieć styczności, a które trzeba natychmiast usunąć ze swojego otoczenia czy domu. 
Bałwochwalstwem są także dzwoneczki Feng shui, kadzidełka, które często używamy w domu. 
Radzę także pozbyć się: drzewka szczęścia, słoników z "trąbą do góry", wszelkich podków, czterolistnych koniczynek. 
Czy wierzę, że słoń z podniesioną trąbą, czterolistna koniczyna czy podkowa przyniosą mi szczęście? 

Myślisz bracie i siostro, że "przeginam"? To właśnie ksiądz egzorcysta, który był u mnie kilka lat temu, na kolędzie, nakazał mi roztrzaskać słonika w drobny mak, ponieważ to Pan Bóg jest naszym szczęściem i tylko On daje nam błogosławieństwo. 
Od czasu tej kolędy nie mam już w domu najmniejszego amuletu, choć może wydawały się być niepozorne. 
Bracie i siostro jeśli masz teraz myśl, że Ty posiadasz w domu jakiś amulet - zniszcz go. Niech spocznie na Tobie Boże błogosławieństwo. 
P. S dla rodziców: Zobacz czy Twoje dziecko ma wśród zabawek "Hello Kitty". Jego zgubny wpływ na duszę dziecka potwierdzają osoby duchowne. 
Zwróć też uwagę na to jakie bajki oglądają Twoje pociechy - często pełno w nich magii i przemocy. 
Nie wprowadzaj też swojego dziecka w świat duchów przez "święto Halloween". Włos mi się jeży na głowie, gdy widzę na Facebooku zdjęcia małego dziecka z dynią lub przebrane za złego ducha.
 Może warto uczestniczyć w korowodzie świętych i przebrać dziecko za jego Patrona? 
Już od najmłodszych lat, broń swojej pociechy przed okultyzmem. 
Błogosławię Wam. 






środa, 26 czerwca 2019

Świadectwo Joanny o potędze modlitwy.


Świadectwo Pani Joanny:

Jest luty 2016 roku, dowiedzieliśmy się z mężem, że udało mi się zajść w drugą ciążę   bardzo chcieliśmy, aby nasz syn miał rodzeństwo. 
Ciąża przebiegała do 3 miesiąca bez żadnych złych diagnoz, po upływie 3 - ciego miesiąca najpierw pojawiła się u mnie niedoczynność tarczycy i wyszło zagrożenie życia dla maluszka. 
Zaczęłam poszukiwać lekarza, który zgodziłby się mnie przyjąć - Endokrynologa, ale terminy dawano mi na koniec ciąży, nikt nie chciał się zgodzić pomimo napisanej  na skierowaniu "pilnej wizyty u Endokrynologa."  
W końcu trafiłam do Pani doktor, która wypisała mi odpowiednie lekarstwa, takie które pomogły mnie, a maluszkowi, w moim brzuszku funkcjonować, oraz rozwijać się.
Sytuacja była opanowana, a ponieważ jestem już powyżej 35 roku życia,  przysługiwało mi USG - dokładniejsze. Podczas tego badania Pani doktor doszukała się torbieli na obydwu nerkach u maluszka jeszcze nie zdiagnozowała wtedy płci, bo maluszek się obracał.

Dla mnie i mojego męża to był szok, nie mogliśmy uwierzyć, że coś u naszego maluszka jest nie tak, zwiększono mi kontrolę USG, na dużo częstsze i za każdym razem torbiele raz się zmniejszały, raz powiększały. 
Doszukiwano się w moich rodzicach i męża rodzicach powiązania. Okazało się, że mój teść ma torbiele na obydwu nerkach do tej pory, ale są one, na tyle niegroźne, że nie jest potrzebna operacja.
 I tak ciąża z tymi torbielami rozwijała się do momentu porodu .
Nadszedł ten czas oczekiwany przez nas wszystkich - 13 października 2016 roku, o godzinie 21.45 na świat przyszła nasza córeczka Maja. Poród był naturalny, bez zagrożeń trwał w sumie 6.5 godziny, w pełnym wymiarze czasu.
Wszystko dobrze się odbywało, przed porodem podłączono mnie do ktg, cały czas odmawiałam różaniec i prosiłam Matkę Bożą o opiekę podczas porodu. Przez cały okres ciąży odmawiałam różaniec razem z Janem Pawłem II, prosiłam o jego wstawiennictwo do Boga. 

Przyjmowałam także w szpitalu Pana Jezusa do serca. W końcu okazało się, że te torbiele po porodzie się wchłoną. Byłam bardzo szczęśliwa. Mijały dni i wciąż byłam w szpitalu, nie rozumiałam dlaczego, do tej pory nie zostałam razem z Majką wypisana  do domu.
Okazało się, że córeczka musi być poddana badaniom. 
Wróciłyśmy na dwa dni do domu, potem  musiałam Maję zostawić na oddziale w  Brzeźnie.
W wigilię mogliśmy ją widzieć tylko 3 godziny dziennie. Na pewno niejedna mama wie jakie to odczucie.  
W końcu diagnoza: rak nadnerczy. 
Po powrocie do domu chwyciliśmy z mężem za różaniec i błagaliśmy Boga i Maryję, aby nam jej nie zabierał. 
Po dwóch dniach badań Maja była cewnikowana i kłuta ciągle, doszukiwali się zalążków rakowych komórek .
Minął tydzień, córeczka była na oddziale u Pana Doktora Mateusza, dostałam skierowanie do kolejnych specjalistów: neurologa, nefrologa i urologa. 
Maja miała już 1.5 miesiąca i  organizm się rozwijał. 

Ochrzciliśmy Majkę miała wtedy 2 miesiące. 
Nadszedł dzień wizyty u Urologa, a wcześniej jeszcze byliśmy u Pana doktora na Oddziale Noworodka, aby Pan doktor sprawdził USG. 
Słuchajcie kochani Pan doktor 4 razy robił  USG nie wierzył: raka nie ma! Za to córeczka miała trzecią nerkę, która się wchłonęła.   
Jedyny minus taki, że został dodatkowy układ moczowy po tej trzeciej nerce. 
Pan doktor Urolog, kiedy to zobaczył też dostał szoku i wysłał nas na potwierdzenie badań.   
Pojechaliśmy do Rzeszowa, nic nie wyszło, poza tym dodatkowym układem moczowym, który cofa mocz! 
Wysłali nas do domu i kazali przyjść do kontroli za 6 miesięcy. Córka dostała antybiotyk na tydzień po cewnikowaniu jej. Dziecko rozwijało się prawidłowo. Walczyłam dalej żebrząc u Pana Jezusa i Matki  Bożej - o jej cud uzdrowienia, aby ten dodatkowy układ moczowy jej nie narobił spustoszeń w organizmie.  
Po roku czasu były kolejne badania. 
Z każdą wizyta u Pana doktora dodatkowy układ moczowy wciąż się zmniejszał. 

Daję świadectwo: modlitwa zwłaszcza  rodziców w intencjach dzieci jest warta poświęcenia, oddania siebie i rodziny przede wszystkim Maryji i Jezusowi, Bogu Ojcu.
Każda Eucharystia, każdy różaniec zanoszone przez Maryję i Jezusa oraz Wszystkich Świętych naprawdę zostaje wysłuchana. 
Jestem niewolnicą Matki Bożej od września 2018 roku, a teraz w czerwcu oddałam Matuchnie całą rodzinę. 
Polecam wstawiennictwo św. Charbela, św. Rafki, św. Faustyny, św. Rity i św. Józefa. 
Codziennie oddaję Matuli moją rodzinę i bliskich oraz znajomych, odmawiam w jej intencji - 2 dziesiątki różańca, tylko dla Niej, do Jej dyspozycji, a także za dzieci, męża, o wypełnienie woli  Bożej i zbawienie.
Chwała Panu i Matce Bożej. 
........................................................... 
Dziękuję Pani Joannie za to piękne świadectwo wiary. Ze swej strony mogę jedynie dodać: kiedy mamy do dyspozycji całe niebo, które możemy prosić o pomoc, to czego mamy się lękać?


czwartek, 6 czerwca 2019

Cud życia małej Mari Helenki.


Szczęść Boże kochani przedstawiam Wam świadectwo rodziców - małej Marii Helenki. Niech będzie to lekcja dla nas, o tym jak bardzo cenne jest każde życie.
Jednocześnie dziękuję Państwu - Justynie i Łukaszowi za ich odwagę i wielką wiarę w to, że człowiek jest człowiekiem już w chwili poczęcia. Myślę, że zadaniem małej Marii Helenki i jej rodziców jest dawać świadectwo, a przez to walczyć w obronie tych, którym nie pozwala się żyć, bo w ocenie lekarzy są tylko płodem.
Moje dalsze słowa są zbędne - proszę przeczytajcie tą historię.
.....................................

Jest maj 2019 r. Dokładnie rok temu w pierwszych dniach miesiąca Maryi, poczęło się nowe życie. Życie, które dał nam Bóg. To jeden z jego cudów, który tak łatwo lekceważymy kiedy pojawiają się przeciwności.   
17.05.2018 r. - test ciążowy wskazuje dwie kreski. Radość niesamowita. Będziemy mieć drugie dziecko! Nasze drugie upragnione dziecko (nasz pierwszy syn ma 8 lat). Pierwsza myśl: będzie to dziewczynka! Nasz synek będzie miał siostrzyczkę.
Będzie miała na imię Helenka, albo Helena Maria. Musi mieć drugie imię naszej Matki Bożej.   
 
Nie mogliśmy się nacieszyć tą wiadomością. Pierwsze wizyty u lekarza potwierdzają ciążę. Wszystkie badania w normie, wszystko w najlepszym porządku. Zaczął się czas oczekiwania i regularne wizyty u lekarza prowadzącego ciążę. Pierwsze badania nie wskazywały żadnych nieprawidłowości płodu. Nasze małe dziecko rosło. To była dla nas całkiem inna ciąża, niż z pierwszym dzieckiem. Spokój, harmonia, bez strachu, bez lęku. Wyczuwałam wielkie znaczenie tego dziecka. Czułam, że dokona wielkich rzeczy. 13 sierpnia – jedna z kolejnych wizyt u lekarza prowadzącego. Pan Doktor robiąc USG płodu zaniemówił. Patrzyłam na niego obserwując jego zdziwienie. Nagle powiedział: „Jestem zirytowany…. " Nie ma w ogóle wód płodowych…. nic!”. Byłam zaskoczona, bo wcześniejsze badanie prenatalne nie wskazywały żadnych nieprawidłowości. Wszystko było w najlepszym porządku. Jedynie co lekarz zalecił to spożywanie większej ilości płynów (stan wód płodowych był niski, ale w normie). Po zakończonym badaniu, lekarz oznajmił mi w dość niedelikatny sposób, że to koniec: „Nic z tego nie będzie, płód umrze, nie rozwinie się, nic się nie da zrobić, kompletnie nic!”. Patrzyłam na niego bez ruchu. Jakby czas stanął w miejscu. Łzy płynęły mi po policzkach. Na koniec Pan Doktor dodał: „Mogę wypisać skierowanie do innego szpitala w celu potwierdzenia diagnozy, ale to nic nie da…”. Na tym zakończyła się nasza rozmowa.

Wyszłam z gabinetu, uklękłam na chodniku szukając telefonu w torebce. Rozpłakałam się. Zadzwoniłam do męża mówiąc: „Naszej Helenki nie będzie!”. Wróciłam do domu oddając to Bogu. Zaczęłam szukać lekarza w większym mieście na własną rękę. Cudem udało mi się zapisać na następny dzień na wizytę do jednego z najlepszych Profesorów. Następnego dnia byliśmy już w Poznaniu. Pan Profesor potwierdził diagnozę dodając, że prawdopodobnie nerki u dziecka nie rozwinęły się. Wypisał skierowanie do szpitala i po dwóch dniach byłam już na oddziale ginekologiczno – położniczym. Zostałam przyjęta na oddział w celu przeprowadzenia szczegółowych badań diagnostycznych z powodu bezwodzia. Badania przeprowadzone były na specjalistycznych urządzeniach. Diagnoza ponownie potwierdziła się. Całkowity brak płynu owodniowego. Łożysko pogrubiałe. Wady u płodu: widoczna jedna nerka - nieprawidłowej struktury, powiększona – nerka torbielowata. Niewidoczny pęcherz moczowy. Nie uwidoczniono bańki żołądka (brak płynu). Przepuklina okolicy pępkowej – jelita. Nieprawidłowy kształt kręgosłupa w dolnym odcinku – skrzywienie + rozszczep. Nieprawidłowy kształt główki – objaw Spaldinga ( spowodowany uciskiem i brakiem płynu). 
 
Leżałam na kozetce bez ruchu. Zbiegło się kilku lekarzy obserwujących zdjęcia z monitora. Po kolei wypowiadali wszystkie wady i choroby mojego dziecka. Spoglądali raz na mnie, raz na monitor. Ponownie usłyszałam słowa: „Płód nie ma szans na przeżycie. Nic nie możemy zrobić. Przy tych wadach genetycznych, ciąża nawet nie zalicza się do leczenia. I nikt w całej Europie nie podjąłby się jej leczenia. Nie ma nawet 1% szans na przeżycie i rozwój”. I padły słowa, których nikt nie powinien wypowiedzieć, a tym bardziej wprowadzić w czyn: „ W tym przypadku możemy rozwiązać ciążę, podając Pani leki wywołujące poród”. Ładnie i delikatnie mówiąc, nie było to nic innego jak ABORCJA.

Myślę, że lekarze nie mają często świadomości, jakie ich słowa mają znaczenia dla przyszłej mamy i jej przyszłego życia. Łudzą się, że w ten sposób pomagają kobiecie pozbyć się problemu. Bo przecież to tylko „płód”. Bardzo wiele kobiet w takiej chwili przeżywa tragedie swojego życia. I tak naprawdę nie wiedzą co czynią, zgadzając się na takie wyjście. Nie są nawet przygotowane do podjęcia takiej decyzji. „Problem będzie rozwiązany, płodu nie będzie, a Pani wróci do normalnego życia” – nie jedna kobieta to usłyszała od swojego lekarza prowadzącego ciążę. Ale co będzie w sercu przyszłej mamy? Co będzie, gdy dojrzeje do świadomości co uczyniła? Co pojawi się w jej myślach i snach, gdy uzmysłowi sobie, że zabiła swoje dziecko, a jej ciało stało się miejscem zbrodni. Lekarze dość często w pierwszych tygodniach ciąży nie używają terminu „dziecko”, „życie”, a raczej "ciąża" , "płód" itd. To tak jakby trochę oszukiwali siebie i innych, że to nie jest jeszcze dziecko. Inaczej brzmi pytanie„ Czy chce przerwać Pani ciążę?” niż „Czy chce Pani zabić swoje dziecko?” W momencie poczęcia ten malutki „płód” staje się już życiem. Ma malutkie serduszko, które zaczyna kochać swoich rodziców za jego poczęcie, rozpoczyna się życie które jest darem Boga.     
 
Po pytaniu Pana Doktora zaniemówiłam. Byłam w ogromnym szoku. W jednym momencie usłyszałam okropną historię chorób i wad mojego dziecka, a jednocześnie pytanie odnoszące się do tego, czy je zabije. Wszystko co we mnie było krzyczało z rozpaczą: „Nie… nie zrobię tego! To jest moje dziecko!”.   
Zapytałam: „ Co będzie z nami dalej jeśli taka jest moja decyzja?”. Pan Doktor odpowiedział: „Serce przestanie bić i wtedy dopiero rozwiążemy ciążę. Wtedy, będzie musiała Pani urodzić”. 
Lekarze uważali, że z medycznego punktu widzenia, ciąża potrwa kilka dni, może tygodni. W każdej chwili, serce może przestać bić.   
 
Tego samego dnia zostałam wypisana z oddziału. Co dwa, trzy tygodnie wracałam na oddział w celu sprawdzenia tętna płodu. Nie byłam jeszcze w stanie wyczuć ruchów dziecka. Nie było to dla nas łatwe. Każdy wyjazd, około 200 km drogi, zmęczenie. Za każdym razem te same procedury przyjęcia na oddział. Powtarzanie tych samych wad, chorób mojego maleństwa. I to pytanie: „Ale jest Pani świadoma, ze płód nie ma szans na rozwój i życie?”. Dziecko było zniekształcone, nie można było nawet rozpoznać płci dziecka. Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z lekarzy powiedział na moje maleństwo - ”dziecko”. Bardzo mi przykro było z tego powodu, bo ja z dnia na dzień coraz bardziej je kochałam. Każdy powrót do domu był dla mnie wielką radością. Moje dzieciątko nadal ze mną …moja kochana kruszynka.     
 
Wszystko było w rękach Boga. Każda nasza wspólna chwila była zawierzona Panu Jezusowi. Powtarzałam ze spokojem: „Jezu ufam Tobie, Ty się tym zajmij”. I wszystkim się zajął, razem ze swoją Matką. Szłam przez całą tą drogę otoczona pełnią łask, jakie dała nam Matka Boża. Spokój serca, cierpliwość, radość, piękny czas pełen miłości. Aż trudno było w to uwierzyć, że przy takim nieszczęściu, w taki sposób można to przejść. Przyjęliśmy naszą sytuację z pokorą, bez rozpaczy i lamentu. Nie skupialiśmy się na naszej beznadziejnej sytuacji, a bardziej na tym, że kolejny dzień jesteśmy razem. Pragnęłam nosić ją pod swoim sercem tak długo, jak Bóg tego pragnął. Tak długo, jak Jego plan co do niej miał trwać.   
Każde życie ma swój cel. Nawet to dopiero poczęte. I tylko to życie, może ten plan zrealizować od początku do końca. Podejmując inną decyzje zniszczyłabym zamysł Boży, przerwałabym go. Żadna inna dusza nie mogłaby go wypełnić.

Nasze dziecko nadal żyło. Mijały dni i tygodnie. Wyjazdy robiły się coraz bardziej męczące. Brzuszek był coraz większy, a ruchy dziecka coraz częstsze. Poszukaliśmy innego lekarza, który poprowadził naszą ciąże do końca. Wspaniała Pani Doktor, która mimo tylu wad i niedoskonałości, tak czule wypowiadała się o naszym maleństwie. Była pełna podziwu, że jest taka silna. Nadal nie można było określić płci, ale wszyscy przeczuwaliśmy, że to dziewczynka.  
Każdy dzień z nią był dla nas pięknym darem. Uwielbiałam i dziękowałam Bogu za każdą chwilę, w której serduszko mojego dziecka biło pod moim sercem. Byłyśmy jednością. Razem ze mną słuchała śmiechu i opowieści swojego taty i braciszka. Czuła ich dotyk. Razem śmiałyśmy się, dbałyśmy o dom i rodzinę, śpiewałyśmy dla naszej Maryi. Miałyśmy taką ulubiona pieśń „ Matko życia Maryjo”. Prosiłam ją o cud, ale też o wypełnienie się woli Bożej. 
 
Maryja straciła swojego jedynego Syna. Jest Matką tak jak i ja. Ona mnie ze wszystkim rozumiała. Przyjęła wszystko, co Bóg jej dał z miłością i pełnym zaufaniem. Wiedziałam, że i mi pomoże przejść przez wszystko. I tak też się stało. Pan Bóg dopuszcza cierpienie w naszym życiu, aby wyciągnąć z niego najlepsze dobro. My nie możemy tego pojąć naszym, ludzkim rozumem. Nasze przekonania zatrzymują się tu na ziemi.

Trafiłam do szpitala, kilka dni przed porodem. Dziecko nadal żyło, ale chciało już, choćby na chwile zobaczyć nasz świat. W ostateczności przeprowadzono cesarskie cięcie. Cały personel medyczny obecny przy narodzinach dziecka, wiedział o naszej sytuacji. Byliśmy otoczeni wspaniałą opieką.
22.12.2018 r. o godz. 20.20 w 35 tygodniu ciąży przyszła na świat Maria Helenka. Cudem przeżyła osiem miesięcy, w tym cztery bez wód płodowych. W trakcie ciąży szukałam informacji o podobnych sytuacjach życia takich dzieci. Nie spotkałam żadnej informacji, w której dziecko tak długo żyło jak nasze.  

Zaraz po narodzinach na naszą córeczkę czekał kapelan szpitalny. W obecności męża ochrzcił nasze dziecko.
Na podstawie pierwszych badań jakie były wykonywane, lekarze uważali, że dziecko będzie zniekształcone. Córeczka nasza mimo przeciwności losu, urodziła się z wagą 1980 kg i 47 cm. długości. Pan Bóg zadbał nawet o jej urodę. Myślę, że chciał abyśmy ją taką zapamiętali. Była piękna ….niczym nie różniła się w wyglądzie od innych dzieci. Była bardzo podobna do swojego braciszka, w chwili narodzin. Nawet pachniała jak on.  Po zakończonym zabiegu zostałam przewieziona na osobną salę. Cały czas byłam przytomna. Był ze mną mąż. Jedna z pielęgniarek przyniosła nam naszą córeczkę. Serce naszej Mari Helenki nadal biło. 
O godz. 22.10 przytulona do mnie ”zasnęła."

„Teraz tatusiu mogę więcej, mogę latać, pomagać jeszcze lepiej. Mogę tulić i chronić pod skrzydłami i moimi barkami w mej bieli piór. W sukni mam dwa pasy niebios i małą koronkę białą, prawie niewidoczną, po to by włoski nie przeszkadzały. Teraz jestem, tak jak Mamusia (Maryja) pragnęła. Kocham tu być. Kocham Was za to co uczyniliście. Maryja - Mamusia też Wam dziękuję, bo nasze szeregi są większe, a biel i trzepot jest silniejszy. Każdy się cieszy na nasz widok. 
Ludzki, to nie znaczy wygląd lub cecha i doskonałość. Nasza Mamusia - Maryja może wszystko, sieje to co chce. Ona za nas odpowiada i Ona nas kształtuje. Bo my byliśmy Jej, od poczęcia i Ona nas prowadziła do Siebie. Zanim staliśmy się ciałem, dusze były w Jej rękach”.
Dziękujemy Ci Boże za dar życia naszej córki, za jej każdą minutę z nami.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Aborcja - współczesny Holokaust



"Prokuratura stwierdziła, że nieudzielenie pomocy konającemu dziecku, nie jest przestępstwem. Krótko mówiąc: 3 lata temu nie udała się aborcja w szpitalu Świętej Rodziny w Warszawie, bo dziecko przeżyło próbę zabójstwa. Odłożono je, ono umierało jakiś czas, pewnie walczyło o każdy oddech, bo jego płuca potrzebowałyby jeszcze kilkunastu tygodni by dojrzeć, nikt mu nie pomógł - i to jest w porządku. Według prokuratury nie złamano prawa, wszystko OK, nie ma sprawy. Małe dziecko umierało pozostawione same sobie w miejscu gdzie LECZY się ludzi - i nie ma w tym nic nielegalnego. Tak będzie dopóki nie zmienimy prawa i nie wprowadzimy zakazu aborcji eugenicznej".

Tą informację niedawno znalazłam na Facebooku. Do czego zmierza ten nędzny świat, kiedy bezbronne maleństwo umiera w mękach i nie udziela mu się pomocy? Niektórzy twierdzą, że człowiek jest człowiekiem, dopiero po wyjściu z łona matki. Czym jest wcześniej? Czy jest to wielbłąd, słoń, a może pies? Dorosły człowiek - lekarz nie ratuje życia tego maleństwa, zostawia je na śmierć.... Gdzie jego etyka lekarska, złożona przysięga, że będzie ratował człowieka do samego końca, gdzie jego sumienie? To my musimy być głosem tych, którzy mówić nie potrafią, nie mogą się obronić!

Druga sprawa - niedawno bardzo głośny był temat dzików i ich planowany odstrzał. Jak bardzo rozczulano się wtedy nad ciężarnymi samicami dzika! Środowiska lewicowe i zwolennicy aborcji doszli to szczytów hipokryzji i obłudy. Jak można porównać życie zwierzęcia, do życia człowieka! Nie można w żadnej mierze! To Ci, którzy tak głośno domagali się aborcji na życzenie, byli obrońcami warchlaków....
Wydaje mi się, że takie pomieszanie wartości, miało już kiedyś miejsce. Nawet jestem pewna, że było to w czasie II wojny światowej, kiedy to robiono "coś z niczego" - czyli mydło z człowieka. To czasy Holokaustu, kiedy mordowano Żydów, a hitlerowcy urządzali sobie zabawę w "strzelanie do kaczek", bo tak nazywano zabijanie Żydów. Wreszcie przypomina mi to czasy obozów zagłady, gdzie nowonarodzonymi dziećmi rzucano z całej siły o ścianę, lub topiono je w beczce wody...

W Holandii dzieci z zespołem Downa już się nie rodzą, w Polsce dozwolone jest zabijanie dzieci z wadami genetycznymi. Moim zdaniem w świecie, w którym panuje kult ciała, nie ma miejsca dla chorych. Jak bardzo nie pasują do tego obrazka. Wszędzie na okładkach gazet widać tylko piękne kobiety, przystojnych mężczyzn. Dzieci z zespołem Downa, upośledzone nie odpowiadają temu światu, nie pasują.... Mało kto wie, ile radości mogą one dać rodzicom. Ten świat jest taki ślepy!
Bądźmy ustami tych, którzy mówić nie potrafią i rękami tych, którzy nie mogą się obronić.
Maryjo mówiąca "Fiat" niech mi się stanie - daj odwagę każdemu człowiekowi, przyjmować życie, nawet jeśli przyjęcie go, może wydawać się za trudne. Bądź z rodzicami dzieci, które urodziły się ciężko chore.
Drogi czytelniku dziękuję za to, że zaglądasz na mojego bloga.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Moje świadectwo nawrócenia.



Szczęść Boże.
Prowadzę blogi katolickie już od dłuższego czasu, ale ten temat jest szczególny dla mnie, będzie dotyczył pytania, które często sobie zadajemy: "czy Bóg mi wybaczy"?
Nawiązując do tego tematu, w części drugiej, dam swoje  świadectwo nawrócenia, które miało miejsce - 14 lat temu.

Część 1. "Czy Bóg mi wybaczy"?
Dziś jest święto Miłosierdzia Bożego, Pan Jezus chce nas zanurzyć w morzu Miłosierdzia. Nie ma takiego grzechu, którego Bóg nie wybaczy. Jest tylko jeden warunek - żal za grzechy i postanowienie poprawy.
Często jest tak, że źle rozumiemy Miłosierdzie Boże i spychamy je w dwie skrajności:
- "Nie pójdę do Spowiedzi Świętej, ponieważ Bóg mi i tak nie wybaczy."
- "Co mi tam, zgrzeszę, ale Bóg jest Miłosierny, pójdę do Sakramentu Spowiedzi Świętej i mi wybaczy."
Szatan często w ten sposób trzyma nas i to bardzo mocno.
Bóg wybaczy jeśli żałujemy, ale nie można popełniać grzechu rozmyślnie - bo Pan Bóg to jest taka "dobra bozinka" i tak dostanę rozgrzeszenie.
Musimy unikać grzechu, a jeśli w swojej ludzkiej słabości upadniemy, zaufajmy Bożemu Miłosierdziu i nie obawiajmy się wyznać naszych grzechów w Sakramencie Pokuty i Pojednania.

Część 2. "Świadectwo mojego nawrócenia".
Moje życie jest przestrogą przed byciem "letnim katolikiem".
Od najmłodszych lat chodziłam z mamą do Kościoła, moja rodzina była nie pełna, ale wierząca. Moja ś. p ukochana babcia, nauczyła mnie odmawiać "pacierz" - kilka modlitw, które od dziecka mówiłam rano i wieczorem.
Tylko z biegiem czasu moja modlitwa była wciąż tylko pacierzem, nic się nie zmieniała.
Jako dorosła dziewczyna pogubiłam się w wierze i stałam się "letnią katoliczką". Chodziłam do Kościoła w niedzielę i odmawiałam "paciorek."
To nie przeszkadzało mi z drugiej strony grzeszyć i to ciężko.
W końcu z powodu ciężkich przeżyć wpadłam w chorobę, a moje grzechy przyczyniły się do tego.
Cierpienie zaczęło mnie na nowo przybliżać do Boga. Czułam jednak, że sama nie wiem czego chcę - być gorąca w wierze, czy raczej rzucić wszystko...?
Byłam jednocześnie nieszczęśliwa i samotna.
Pewnej niedzieli po Mszy świętej usiadłam w swoim pokoju, bo czułam, że coś się stanie. Nagle spadło na mnie światło. Pan Bóg zadał mi dwa pytania, na które odpowiedziałam: "Tak". Spojrzałam na obraz Jezusa, po raz pierwszy tak bardzo zakochana i wszyscy w moim otoczeniu, widzieli, że to zakochanie, ale nie podejrzewali kim jest mój Oblubieniec.
Pan Jezus zdjął z moich oczu także "łuski" i nagle zobaczyłam prawdziwe intencje otaczających mnie osób. Jak bardzo byłam ślepa!
Później przyszedł czas na Spowiedź z całego życia i kolejne lata walki o wierność Bogu, bo zły nie chciał odpuścić.
Pojednałam się także z bliskimi. Wciąż szukałam swojego miejsca w Kościele.
25 lutego 2018 roku zostałam niewolnicą Matki Bożej, według świętego Ludwika Marii Grignon de Montfort.
Od marca do maja, tego samego roku przeszłam przez Seminarium Odnowy w Duchu Świętym, które było moim "drugim nawróceniem".
Dziś jestem spełniona w życiu i bardzo szczęśliwa.
Zakochanie tylko przekształciło się w miłość. Nie boję się Sakramentu Spowiedzi Świętej, ponieważ wiem, że jestem grzesznicą i potrzebuje ciągle nawrócenia.
Drogi bracie i siostro nie lękaj się, nawet kiedy jesteś w bagnie grzechu - Bóg z Ciebie nie zrezygnował, Bóg Cię kocha.
To moje świadectwo jest przestrogą, aby nigdy nie być letnim w wierze.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Chwała Panu w Trójcy Świętej i drogiej Mateńce.


środa, 27 lutego 2019

Manipulacja w mediach, a działanie złego ducha.



Szczęść Boże.
Do napisania tego postu skłoniły mnie ostatnie, negatywne komentarze na temat Papieża Franciszka.
1. Ludzie często padają ofiarom manipulacji w internecie i telewizji, a nawet o tym nie wiedzą.
Każdy film i zdjęcie można zmanipulować, tylko wiele osób daje się na to nabrać.
2. Uważajmy na to czym karmimy nasze oczy i uszy, ponieważ później okazuje się, że Papież Franciszek wychodzi na antychrysta.
3. Ludzie nie bądźmy naiwni! Popatrzmy na telewizję Trwam i Radio Maryja - tam nie ma złego słowa o Ojcu Świętym. Mądrze wybierajmy telewizję czy stronę w internecie, ponieważ przez taki błąd stajemy się ofiarą sprytnego działania złego ducha, mało tego stajemy się sługami nie prawdziwego Boga, ale sługami szatana - kiedy opluwamy Piotra naszych czasów.
4. Jesteśmy tylko ludźmi - czy możemy kwestionować wolę i wybór Pana Boga? Naszym zadaniem jest pokorna modlitwa za głowę Kościoła katolickiego. Nie ustawajmy w modlitwie - także o dary Ducha Świętego dla Franciszka. 

Kochani. Nie stańmy się ofiarami manipulacji.
Niech Bóg Wam błogosławi!

poniedziałek, 11 lutego 2019

Fragmenty konferencji ks. Dominika Chmielewskiego o cierpieniu.


11.02 przypada światowy dzień chorego. Jest to także mój dzień i wielu z moich czytelników.
Z tej okazji zamieszczam drugą część konferencji ks. Dominika Chmielewskiego, właśnie na temat cierpienia.

1. Bojąc się cierpienia, ale chcąc być wiarygodnym świadkiem Fatimy – pojechałem do Fatimy na takie prywatne rekolekcje. Wziąłem ze sobą życiorys Hiacynty. Czytałem i muszę powiedzieć, że byłem porażony heroicznością tej dziewczynki. Heroicznością przyjmowania cierpienia za zbawienie grzeszników. Co jest najciekawsze w tym wszystkim to to, że Matka Boża nie poprosiła dzieci fatimskich, żeby cierpiały za swoje własne grzechy. I to jest jedna z ciekawych charakterystyk cierpienia danego od Boga, że ono nie jest do końca za twoje własne grzechy. Bóg kiedy daje cierpienie, to chce rozszerzyć łaskę z tego cierpienia na cały świat.

2. Kiedy na przykład dostajesz cierpienie od twojego męża, który ciebie nie rozumie, który śmieje się z twojej wiary, twojego modlenia, chodzenia do kościoła, na wspólnotę, który ma wszystko gdzieś co związane z Panem Bogiem... i modlisz się za tego męża i trwa to już może długi czas... Jeśli to jest cierpienie dane od Pana Boga to wpierw zakwitną w tobie owoce Ducha Świętego: pokój, radość, pokora, łagodność, opanowanie, cierpliwość.

3. Czasami jest tak, że jest to cierpienie dane od Boga, ale przez to, że będziesz się buntować cały czas, będzie do tego cierpienia miał dostęp demon, aby wzbudzić w tobie bunt przeciwko Bogu: „Tak długo się modlę. Boże, dlaczego mój mąż się nie nawraca? Ofiaruję tyle Mszy św. za niego, tyle postów, pielgrzymek i nic”. Ale jak zajrzysz na dno twojego serca, to zobaczysz, że masz bunt przeciwko temu, że Bóg nie wysłuchuje twojej modlitwy. Masz bunt przeciwko temu, że twój mąż tak się zachowuje. I do tego buntu podczepi się demon, aby zabrać ci i ukraść łaskę, która przeznaczona jest twojemu mężowi.

4. Mamy wybór kiedy przychodzi cierpienie – albo poddać mu się i pozwolić, żeby Jezus zwyciężał teraz we mnie, albo nosić w sobie bunt przeciwko temu i mieć ciągle pretensje, żal, że Bóg nie wysłuchuje moich modlitw, że już dawno powinien, że tyle lat już modlę się o to i nic.

Żono kochana, czy rozumiesz, że twoja modlitwa jest zbierana przez aniołów i wylewana na wszystkich mężczyzn, za których nikt się nie modli? Kiedy staniesz przed Bogiem to nie tylko, że zobaczysz twojego męża, który będzie Go uwielbiał w raju, ale zobaczysz wielu innych mężów, którzy byli przeklinani przez swoje żony, którzy byli ludźmi tak odrażającymi, że nikt się za nich nie modlił, tylko ich przeklinał a twoja modlitwa, tyle lat trwająca za twojego męża była zbierana przez aniołów i rozdawana dla tych i za tych, za których nikt się nie modlił.

5. To nam chce powiedzieć Fatima: że ta modlitwa nie jest tylko za ciebie. Pokuta, którą czynisz nie jest tylko za twoje grzechy. Cierpienie, które przyjmujesz nie jest tylko dla ciebie jako wynagradzanie, zadośćuczynienie za twoje własne grzechy. Fatima mówi o tym, że Bóg wybiera garstkę ludzi zakochanych w Nim, którzy są gotowi przyjąć łaskę, na którą wszyscy inni nie są gotowi. Bo dzisiaj mówi się w kręgach charyzmatycznych, różnych ruchach, wspólnotach: „Pan zwyciężył wszystko. I w związku z tym nie masz prawa cierpieć, nie musisz znosić jakiejś choroby, nie musisz żyć w niedostatku, bo Pan wyprosił ci bogactwo, pomyślność we wszystkim. Ma ci się wszystko udać, masz mieć cudowną pracę, wspaniałą żonę, męża, dzieci, zero chorób!” To nie jest Ewangelia Jezusa Chrystusa. Garstka ludzi jest gotowa na to, aby zaprosić Boga do wnętrza swojego cierpienia i zobaczyć zwycięstwa nie tylko w tym cierpieniu, na które się zgodzili, oni są w raju....

Drogi czytelniku. Dziękuję, że zaglądasz na mojego bloga. 
Ja ze swojej strony pragnę Ci powiedzieć, że cierpienia są częścią naszego życia, i dopóki ich nie przyjmiemy, dopóty nie będziemy żyć pełnią naszego życia. Jakże być spełnionym, jeśli część naszego istnienia - cierpienie, jest przez nas odrzucane? Jest to niemożliwe. Sama na codzień zmagam się z chorobą. Akceptacja tego, że jestem słaba i czasem nie mam sił, nauczyła mnie, że muszę polegać jedynie na Jezusie, że da mi siłę, bo jestem słabym człowiekiem, a Pan Jezus może wszystko.
Nauczyło mnie to ufności, że Pan Bóg da mi dzisiaj siłę do pracy.
Nigdy się na Nim nie zawiodłam.

Matko Boża z Lourdes - módl się za nami!
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

niedziela, 9 grudnia 2018

Znacznie cierpienia w naszym codziennym życiu.


Szczęść Boże. Zdecydowałam się podjąć temat cierpienia, chociaż jest bardzo trudny, ale jednocześnie jest to problem, który odpycha niektórych ludzi od wiary w Boga.
Bo jakże to możliwe, że Bóg jest tak dobry, a jest tyle cierpienia na świecie?
Zacznę od fragmentu Pisma Świętego, na temat niesienia Krzyża.

Z Ewangelii według św. Marka 8( 34-38).

Warunki naśladowania Jezusa
Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!
Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je.
Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić?
Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją duszę?
Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi przed tym pokoleniem wiarołomnym i grzesznym, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w chwale Ojca swojego razem z aniołami świętymi.

Oto słowo Boże.

Pojęcie cierpienia sięga czasów Adama i Ewy, naszych prarodziców, którzy zostali stworzeni przez Pana Boga, na Jego obraz i podobieństwo.
Co to oznacza? Nie chodzi tu tylko o podobieństwo zewnętrzne, ale przede wszystkim, o to, że człowiek został obdarzony życiem nieśmiertelnym, postawiony w pięknym raju, otoczony miłością Boga, zdrowy "jak ryba", silny i piękny. Jednym słowem człowiek, który żył w przyjaźni ze Stwórcą, był bardzo szczęśliwy, nie chorował, pewnie nie miał też powodu do płaczu.
Skąd więc, wzięło się cierpienie?
Adam i Ewa, odwrócili się od Boga, jak wiemy zerwali owoc z drzewa "poznania dobra i zła".
Do tej pory znali tylko dobro, od tej chwili wszystko się zmieniło.
Czym skończyło się dla ludzi poznanie grzechu, zdradzenie Stwórcy Świata?
Od momentu, kiedy zerwano owoc z drzewa zakazanego człowiek zakosztował cierpienia, bólu, łez, zaczął chorować. Wygnany z raju poczuł co znaczy ciężko pracować, kobieta doświadczyła bólów porodowych.
Pan Bóg stworzył nas do szczęścia i chwały, jednak grzech wszystko zniszczył.
Cierpienie jest konsekwencją grzechu, złamania przykazań. Zakazany owoc dobrze smakuje, ale kończy się śmiercią.
Tak więc, przez całe pokolenia ludzie zmagają się z konsekwencjami grzechu pierworodnego.
Często jednak zrzucamy na Pana Boga całą winę, za nasze cierpienia, tracimy wiarę i obrażamy się na Zbawiciela.
"Dlaczego cierpię, przecież Bóg jest miłością"?
"Bóg Cię nie kocha" - odpowiada zacieszony szatan.
Wystarczy tylko wdać się w dyskusję ze złym duchem i uwierzyć, że Pan Bóg jest zły.
Jednak to nie On morduje, Bóg nie kradnie, nie kłamie, nie oszukuje... Tylko robi to człowiek, pod wpływem podszeptów złego i nieszczęście gotowe.
Bóg na początku naszego istnienia, dał nam wolną wolę i nigdy jej nam nie odebrał. Nigdy nas do niczego nie zmuszał.
Jesteśmy wolni, musimy dobrze tą wolność wykorzystać, siejąc samo dobro.
Tego chce Pan Jezus.
Tak Bóg umiłował świat, że zesłał Jezusa, aby nas zbawił i odkupił nasze winy.
Wziął wszystko na swoje barki i zaniósł na Golgotę: choroby, cierpienia, lęki, ciemności, bóle, łzy, nawet nasze grzechy.. mało?
Od momentu, kiedy Jezus zmartwychwstał, niebo i jego szczęście stoi dla nas otworem.
Na dodatek jest to, wieczne radowanie się, co wcześniej przez grzech pierworodny zniweczył człowiek.
Teraz mamy szansę na chwałę w raju.
Jest tylko jeden warunek: trzeba nieść swój Krzyż, często przez całe życie, jednak nie traćmy wiary - Jezus sam przez to przeszedł. Chciał podzielić z nami nasze cierpienia.
Zbawił nas, bo nas kocha. Nigdy nie pozwólmy, żeby myśleć o Bogu, z tej perspektywy, że zsyła na człowieka same cierpienia. Nie! On umarł za nas, na Krzyżu, żebyśmy mogli być szczęśliwi.
Amen. Bóg jest miłością.


Drogi bracie i siostro Bóg nas kocha,
chociaż cierpimy.
Uwierz w to. Jesteśmy Jego ukochanymi dziećmi. Co człowiek "narozrabiał" w raju  przez grzech - Jezus naprawił, przez Krzyż, ponieważ nas kocha.
Słowem od tej chwili cierpienie nabrało sensu. Uczestniczymy w zbawianiu świata, dzielimy Krzyż z Chrystusem, pomagamy mu ten świat zmieniać. Wystarczy powiedzieć swoje "Fiat" - niech się stanie. Amen. "Fiat" Panie Jezu.

Zachęcam Was do obserwacji mojego bloga i dyskusji, w komentarzach na poruszony temat.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Zdjęcie: bł. Chiara Luce Badano 


sobota, 6 października 2018

Godzina Święta, Jezus w Ogrójcu.

Szczęść Boże. Dzisiejsze rozważanie, będzie na temat "godziny świętej" i o tym, czym właściwie jest owa godzina, że aż tak wiele osób, zamiast pójść spać w czwartek po pracy, woli mimo zmęczenia, towarzyszyć Mistrzowi, odpowiadając na
Jego prośbę: "czuwajcie ze Mną."
Nie raz na siłę otwieramy znużone oczy, ale jesteśmy. Dlaczego?
Zapraszam do przeczytania tej krótkiej refleksji. Zacznę od fragmentu z Pisma Świętego.

Ewangelia wg św. Łukasza 22(39-46).

Potem wyszedł i udał się, według zwyczaju, na Górę Oliwną: towarzyszyli Mu także uczniowie. Gdy przyszedł na miejsce, rzekł do nich: Módlcie się, abyście nie ulegli pokusie. A sam oddalił się od nich na odległość jakby rzutu kamieniem, upadł na kolana i modlił się tymi słowami: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i  umacniał Go. Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Gdy wstał od modlitwy i przyszedł do uczniów, zastał ich śpiących ze smutku. Rzekł do nich: Czemu śpicie? Wstańcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie.
Oto Słowo Boże.

Trwając w czwartki między godziną 23.00 a północą, staramy się odpowiedzieć na wezwanie Umiłowanego, abyśmy z Nim czuwali. Jest to miłosne przebywanie, nasze staranie o to, żeby tym razem, Pan Jezus nie był sam, podczas konania w Ogrójcu. 
Oto jestem Panie, aby otrzeć z Twojego Oblicza, krople krwawego potu, które sączą się na ziemię. Nie może Mistrzu ta Krew, tak po prostu pozostać zmieszana z ziemią. Pozwól, że wpierw oczyszczę Twoją twarz, a potem zbiorę ten drogocenny napój i na zawsze zachowam go jak największy skarb.
Umiłowany! Już nie jesteś sam. W tej godzinie konania w Ogrójcu, masz mnie i każdego z osobna przed Swoimi oczami.
Nie tylko nasze twarze, ale także nasze grzechy. Pozwól, że tym czuwaniem Ci wynagrodzę, chociaż zamykają się ze zmęczenia moje oczy!
Jezus zdaje się wtedy z miłością, spojrzeć na mnie. I zamiast ja Go pocieszać, On  pozwala spocząć na Swoim Najświętszym Sercu. I tak trwamy, w tym miłosnym przebywaniu ze sobą.
Pan Jezus nie jest wreszcie sam, a my mamy tą łaskę, dzielić z Nim agonię.
Wreszcie te chwile przerywa przyjście Judasza, który zdradził swego Nauczyciela. Cudowne obcowanie z Oblubieńcem kończy się. Idziemy spać, ale jesteśmy z Nim wciąż, ponieważ wiemy, że będzie cierpiał, aż do skonania.
W swoim wnętrzu przebywamy z Jezusem, chociaż ciało odpoczywa.
Jezu! Dziękujemy Tobie, że Jesteś naszym przyjacielem. Będziemy czuwać. Bądź uwielbiony. Amen. 

Drogi bracie i siostro. Dziękuję za przeczytanie tej krótkiej refleksji.
Jeśli chcesz podzielić się swoim świadectwem - zapraszam.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Pamiętaj, że moja skrzynka jest zawsze dla Ciebie otwarta. Dziękuję, że jesteś!

wtorek, 2 października 2018

Opatrzność Boża - dlaczego warto zaufać Panu Bogu?

Dlaczego warto zaufać Bogu?
Co na ten temat mówi Pismo Święte i jak to odnieść do życia codziennego?
Zapraszam do zatrzymania się na tym rozważaniu, zajmie to najwyżej 5 minut.

Z Ewangelii według św. Łukasza 12( 22- 31). 
 
Potem rzekł do swoich uczniów: Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o życie, co macie jeść, ani o ciało, czym macie się przyodziać.
Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi.
O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki! Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia? Jeśli więc nawet drobnej rzeczy [uczynić] nie możecie, to czemu zbytnio troszczycie się o inne?
Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują i nie przędą. A powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak  jedna z nich.
Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, o ileż bardziej was, małej wiary! I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni!
O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie.  Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane.
Oto słowo Boże.


Pan Jezus posługuje się, w tym fragmencie Ewangelii pięknym obrazem Ojca, który troszczy się o Swoje stworzenia.
Ptaki karmią swoje pisklęta i pokarmu dla nich nie zabraknie. Lilie na polu są tak przyozdobione, że nie jeden król pozazdrościłby takich szat.
Ponieważ zaś jesteśmy dziećmi Bożymi, to Ojciec Niebieski, nie zapomni o nas.
Czy może Matka zapomnieć o Swoim niemowlęciu? Tym bardziej Bóg nie zapomni o nas, jeśli tylko będziemy trzymać się Ojcowskiej ręki.
Może w tym miejscu, pomyśli ktoś, że jest tyle nieszczęść na Świecie... Cierpienie jest jednak konsekwencją grzechu, a ponieważ jesteśmy umiłowani przez Pana, to Jezus z każdego kłopotu wybawi nas przez wzgląd, na nasze bezgraniczne zaufanie.
Nie dość, że Go kochamy, to jeszcze ślepo ufamy Mu, jak dziecko - Ojcu.
Jak to bardzo chwyta Jezusa za Serce. Można powiedzieć, że jest to Jego "słabość".
"Podpisz obraz, który namalujesz, słowami-Jezu Ufam Tobie".. Mówił Pan Jezus do siostry Faustyny.
Jak Bóg bardzo pragnie być naszym ukochanym Ojcem. Tak bardzo miłowanym przez nas, jak On umiłował nas.
Więc, kochany bracie i siostro, jeśli nawiążesz z Bogiem relację Ojciec - dziecko i będzie to nie tylko nazwa, ale prawdziwa bliskość - nie zginiesz.
Chwytaj często Pana Jezusa za Serce.

Dlaczego nawrócenie bywa procesem? + Moje świadectwo

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Cieszę się, że mogę dzielić się z Wami doświadczeniem wiary. Dziś zapraszam Was do wspól...